ŁADUJĘ

3 dni w Amazońskiej puszczy u plemienia Huaorani

Waorani, Ecuador

3 dni w Amazońskiej puszczy u plemienia Huaorani

Pierwszy biały człowiek zawitał do plemienia Indian Huaorani dopiero pod koniec lat 50-tych. Jednak przez długie dziesięciolecia opowieści o ich waleczności, niedostępności i dzikich zwyczajach skutecznie odstraszały potencjalnych gości. Dopiero od kilkunastu lat Huaorani zaczęli wpuszczać do swoich wiosek turystów. Dotarcie do ich społeczności na własną rękę nadal nie jest jednak prostym zadaniem, ale możliwość uczestniczenia w prawdziwym życiu amazońskich Indian warte jest tych starań.

El sueño, czyli narodziny marzenia

Pewnie nic by z tego nie wyszło, gdyby nie Marta i Mikołaj. To oni podesłali nam bloga, który opowiadał o wizycie u społeczności Huaorani i zarazili nas swoim entuzjazmem, by dotrzeć tam razem mimo wszelkich przeciwieństw. Bo, choć o Huaoranach krążą legendy, to wcale nie jest łatwo się do nich dostać. Ukryte w głębi puszczy plemię zazdrośnie strzeże swojej odrębności i toleruje u siebie gości tylko w zamian za dość sporą opłatę. Przybiera ona naprawdę kosmiczne rozmiary jeśli wizytę zorganizujemy za pośrednictwem agencji turystycznej. A teoretycznie jest to jedyna opcja. Przykładowo jedna z agencji turystycznych zażyczyła sobie 500 USD od osoby za dzień odwiedzin w społeczności. A przy tym korzystając z pośrednictwa agencji, możemy mieć przykrą pewność, że dotrzemy do najbliższej, najbardziej dostępnej osady, do której docierają zwykle bogaci amerykańscy turyści. Dla nas te powody były wystarczające, by odpuścić sobie tę egzotyczną przygodę. Ale co dwie pary, to nie jedna. I gdy pozostałym gasł entuzjazm, zawsze znajdowała się wśród nas osoba, która rozpalała go słowami  – W końcu można spróbować dotrzeć tam na własną rękę? Albo znaleźć „kogoś, kto zna kogoś” i pomoże nam tam dojechać.

I na tym stanęło.

Coca, czyli Puerto Francesco de Orellana

Tropikalna puszcza, dzikie zwierzęta i indiańskie plemiona to właściwości ekwadorskiej prowincji, noszącej magiczną nazwę Orietne. Jej stolicą jest 45-tysięczna Coca, czyli Puerto Francesco de Orellana. Miasto zostało tak nazwane na cześć hiszpańskiego oficera, który w połowie XVI wieku jako pierwszy biały człowiek spłynął Amazonką do Oceanu Atlantyckiego. Podczas swojej wyprawy Orellana coraz bardziej stawał się odkrywcą niż konkwistadorem i w rezultacie jako pierwszy opisał zwyczaje, wierzenia i codzienne życie amazońskich plemion. Zresztą nawet sama Amazonka zawdzięcza nazwę jego relacjom. Rzeka wzięła bowiem swoją nazwę od plemienia walecznych kobiet, opisanych przez Orellanę. Spotkanie z Indiankami kosztowało odkrywcę życie ośmiu towarzyszy.

W muzeum archeologicznym MACCO w Coce (wstęp: 2,5 USD) można się dowiedzieć, że musiało upłynąć kolejnych 400 lat, by do niektórych plemion dotarł pierwszy biały człowiek. Stosunkowo późno, bo dopiero pod koniec lat 50-tych, pierwszy kontakt ze światem zewnętrznym zyskało plemię Huaoranów. Jednak jeszcze w latach 70-tych i 80-tych ten waleczny lud potrafił zabić nieproszonych gości, którzy bez uprzedzenia przybyli do wioski.

Dziś część Huaoranów porzuciło już swoje tradycyjne życie myśliwych i osiadło w pobliskich miastach. Jednak zdecydowana większość wciąż żyje jak przed setkami lat na terenie lasu tropikalnego Yasuni. W Parku Narodowym Yasuni utworzono też Rezerwat Etniczny Huaorani, który obecnie obejmuje prawie 6 000 km2 i zamieszkiwany jest przez ponad 2000 osób.

Ale chociaż w Coce zdjęcia nagich Huaoranów można znaleźć niemal w każdym hostelu, to nadal mało kto naprawdę dociera do ich społeczności. Zresztą w ciągu dwóch dni spędzonych w mieście nie spotkaliśmy żadnego turysty spoza Ekwadoru. Po odwiedzeniu wszystkich agencji turystycznych doszliśmy do w wniosku, że tutejsze biura nie są nastawione na ilość, lecz na zamożność klientów. Bo, choć nigdzie nie spotkaliśmy innych zainteresowanych wycieczką, to ceny podawane w biurach turystycznych po prostu powalały nas z nóg.

Anioły z San Francisco

Po dokładnym przestudiowaniu zebranych mapek i naszych mobilnych map-aplikacji stwierdziliśmy, że jedziemy w głąb Oriente, by samemu zasięgnąć języka. Trochę na chybił-trafił wybraliśmy malutką wioskę San Fracisco. Wiedzieliśmy, że ta osada jest domem dla pracowników ekwadorskiej kompani naftowej, która w pobliżu parku Narodowego Yasuni wydobywa ropę. I rzeczywiście, gdy dotarliśmy do San Francisco na miejscu zastaliśmy tylko kilka domów, niewielki kościółek i hotel pracowniczy.

Nasze pojawienie się przed Hotelem del Oro wywołało niemałe poruszenie wśród tutejszych pracownic. Dziewczyny zaczęły nas wypytywać skąd jesteśmy, co robimy i jak mogą nam pomóc. Mieliśmy niezwykłe szczęście, że zamiast podejrzliwości spotkaliśmy się tutaj z ogromną życzliwością. Stało się to, co może się stać tylko wtedy, gdy do jakiegoś miejsca turyści przybywają po raz pierwszy. Nikt nie potraktował nas tu jak potencjalne źródło dochodu, lecz jak wędrowców, którym warto pomóc.

Okazało się, że w niedzielę odbywa się tu targ, podczas którego mieszkańcy okolicznych plemion sprzedają swoje wyroby i jedzenie z amazońskiej puszczy. Wtedy możemy spotkać też Huaoranów, a do tego czasu możemy zamieszkać w naszych namiotach za hotelem.

Teraz mogłabym jeszcze godzinami pisać o tych dwóch dniach przy Hotelu del Oro. O wspólnym śpiewaniu karaoke; odwiedzinach na rodzinnej farmie; oblizywaniu słodziutkich nasion kakaowca prosto z drzewa; pływaniu w pobliskim wodospadzie i całonocnej roztańczonej fieście w San Francisco, gdzie główną nagrodą w loterii był pieczony kurczak! Ale w końcu miał to być post o wizycie w wiosce Huaorani, prawda?

W każdym razie San Franciso było jednym z tych przypadkowych miejsc, które każdy czasem spotyka w swojej podróży. Nie są celem, są gdzieś na drodze i teoretycznie nie mają nic do zaoferowania, ale przy szczęśliwym zbiegu okoliczności okazuje się, że to właśnie one najbardziej zapadają w pamięć. To tam dzięki życzliwym ludziom udaje się poznać „prawdziwe życie” jakiegoś kraju czy społeczności. Nam się to udało dzięki Jadirze, Soledad, Mirian i Lily. Dzięki dziewczyny!

W górę rzeki Rio Shiripuno

O 9:00 w niedzielę byliśmy już na targu w wioseczce Shiripuno. Słowo „targ” oznaczało tu kilka maleńkich stoisk z grillowanymi larwami i cziczą, czyli gęstym sfermentowanym napojem z juki (odmianą słodkiego ziemniaka). Na miejsce podrzuciła nas pani Maria, szefowa Hotelu del Oro.

– To jest nasz przyjaciel Fernando. To zaufany człowiek i przyjaciel rodziny. Sam jest ze społeczności Szuarów i zna się z Huaoranami. Przedstawi Was na miejscu jako swoich krewnych i dzięki temu zapłacicie za wizytę znacznie mniej niż zwykli turyści – przekonywała nas pani Maria, przedstawiając nam pulchnego młodego mężczyznę z modnie zaczesaną grzywką.

Możecie też powiedzieć, że jesteście chrześcijańskimi misjonarzami! Wtedy też przyjmą Was znacznie cieplej i nie wezmą tyle pieniędzy  za gościnę – doradzała nam, córka pani Marii, Lily.

Z trudem powstrzymaliśmy śmiech słysząc, że chce się nas przerobić nas na misjonarzy lub krewnych rdzennego Indianina. Jednak przystaliśmy na tę propozycję, bo Fernando sprawiał wrażenie poczciwego chłopaka. Prawdę mówiąc mieliśmy nadzieję, że sami dogadamy wszystkie szczegóły z Huaoranami, ale legendy o ich rzekomej niedostępności przekonały nas do wzięcia ze sobą „zaufanej osoby”.

Rzeczywiście Fernando okazał się być rozgarnięty. Zdążył już znaleźć chłopaka z plemienia Huaorani, który zaoferował się zabrać nas do społeczności Wantaro. Oczywiście nie za darmo. Za przepłynięcie prawie 6 godzinnej trasy jego motorową łódką musieliśmy zapłacić w sumie 100 USD. Z początku cena wydała nam się mocno zawyżona, ale zmieniliśmy zdanie, gdy widzieliśmy z jaką maestrią nasz sternik manewruje po płytkich wodach Rio Shiripuno. Czasem wymagało to od niego brodzenia w rzece lub torowania drogi maczetą. My też co jakiś czas musieliśmy wyskakiwać za burtę, by chłopak mógł przepchnąć łódź przez mieliznę. Na szczęście, za namową Fernando, kupiliśmy w wiosce wysokie gumiaki, z którymi nie rozstawaliśmy się przez najbliższe 3 dni.

Podróż w dół rzeki Shiripuno trwała prawie 6 godzin, ale zupełnie nam się nie dłużyła. Piękne widoki, coraz gęstsza puszcza i masa dzikich ptaków sprawiały, że ornitologiczna lornetka Marty i Mikołaja cały czas krążyła między naszą czwórką.

Pierwsza noc w Wantaro

Do Wantaro dopłynęliśmy chwilę przed zmrokiem. Zanim dotarliśmy do samej wioski, czekał nas jeszcze godzinny spacer przez dżunglę. Olbrzymie rozmiary drzew, liści i wystających korzeni sprawiały, że czuliśmy się trochę jak w Juraisic Park.

Gdy dotarliśmy do osady było już za późno na odwiedziny. Na miejscu przywitał nas 40-kilkuletni mężczyzna, znajomy Fernanda: – Nazywam się Omene i będę waszym przewodnikiem po naszej społeczności. W Wantaro mieszka 9 rodzin i jutro będziecie mogli je odwiedzić – przywitał nas Omene z zaskakująco dobrym, jak na Huaorana, hiszpańskim.

Przewodnik zaprowadził nas do prostej, drewnianej szopy, która miała być naszym domem na najbliższe trzy dni. Wewnątrz było tak ciepło, że z początku chcieliśmy rozłożyć śpiwory prosto na podłodze. Ale gdy Fernando zabił przy nas maczetą olbrzymiego, jadowitego pająka, zdecydowaliśmy się jednak nocować w naszych szczelnie zasuniętych namiotach. Zasypiając słyszeliśmy szum rzeki, która od tej pory pełniła też rolę naszej łazienki.

Jak żyją prawdziwi Huaorani?

Z niecierpliwością oczekiwaliśmy porannych odwiedzin. W końcu cały poprzedni dzień zastanawialiśmy się jak żyją „prawdziwi” Huaorani? Jasne, każdemu marzy się zabawa w odkrywcę. Ale jednocześnie zdawaliśmy sobie sprawę, że w końcu nawet tak odległa osada ma kontakt ze światem zewnętrznym i prawo do rozwoju, więc na pewno wiele się tu zmieniło przez ostatnie 20-30 lat.

ubrania

Chodząc od domu do domu mogliśmy sami dostrzec, niektóre z tych zmian. Wszędzie tam, gdzie przychodziliśmy kobiety i dziewczęta miały nas sobie tradycyjne krótkie spódniczki z kory i naszyjniki wplatane z tutejszej trzciny. Miejscowe gospodynie z naturalną swobodą chodziły też z odsłoniętymi piersiami. Nie trzeba było jednak być Sherockiem Holmesem, by domyślić się, że na co dzień większość z nich (a przynajmniej te z młodszego pokolenia) woli zwykłe koszulki i spodenki, a te odświętne stroje ubrały tylko z powodu wizyty gości.

jedzenie

Surowe życie w dżungli sprawiło, że Huaorani jedzą naprawdę niewiele, a w czasie długich wędrówek bez problemów znoszą kilkudniowe głodówki. Jedyne czego chyba nigdy nie im brakuje to czicza, którą częstowano nas w każdym domu. I w każdym domu smakuje ona trochę inaczej. Śmialiśmy się później, że indywidualny smak napoju zależy od uzębienia gospodyni. Tradycyjną cziczę robi się bowiem ze słodkich ziemniaków, które wcześniej są przeżuwane i pozostawiane do fermentacji. Zresztą poza juką w codziennym jadłospisie Huaoranów goszczą jeszcze tylko banany i platany (banany do smażenia). Kilka razy w tygodniu może pojawić się też ryba, a parę razy w miesiącu mięso – zwykle dzika lub tapira, rzadziej małpy czy pancernika, bo te drugie trudniej upolować. Sami byliśmy świadkami jak jeden z gospodarzy przyniósł do domu świeżo ustrzelonego dzika.

polowanie

Huaorani znani są jako doskonali myśliwi. Podczas kilku spacerów po dżungli z zachwytem obserwowaliśmy Omene, który widział i słyszał rzeczy, których my nigdy byśmy nie dostrzegli. Omene twierdził nawet, że potrafi wytropić zwierzę po zapachu. Huaorani polują w pojedynkę, ale potem – jeśli jest to możliwe – dzielą się łupem z całą społecznością. Do zwierząt strzelają z długich dmuchawek, z których wydmuchują cieniutkie strzałki z trucizną. Już pięcioletni chłopcy wyruszają z ojcem na polowanie.

łowienie ryb

W tej dziedzinie Huaorani są jeszcze większymi mistrzami. Widzieliśmy to na własne oczy! Wystarczy, że zanurkują na moment pod wodą i za chwilę mają nabitą rybę na włócznię. Marek z Mikołajem też próbowali tej sztuki, ale bezskutecznie. Tymczasem tu już małe dzieci potrafią łowić ryby rękami. Byliśmy świadkami jak kilkuletni chłopiec złapał dla zabawy całkiem sporą rybkę, a potem włożył ją sobie do buzi, by nie przeszkadzała mu w wspinaczce po drzewie.

domy

Huaorani mieszkają w bardzo prostych drewnianych chatach. Kiedyś wszystkie z nich kryte były dachami z plecionych liści. Dziś często zastępują się je przywiezionymi z miasta foliami i blachami, ale nadal najważniejsze budynki kryte są w tradycyjny sposób. W środku domu praktycznie nie ma mebli. W centralnym miejscu znajdują się tylko plecione hamaki (łóżka tu nie istnieją!) i palenisko. Naczynia zastępują zwykle liście i miski z tykwy. Co raz częściej można też spotkać kuchenkę gazową i baterie słoneczne na dachu. W jednym domu widzieliśmy nawet telewizor. Żeby było śmieszniej to właśnie tam powiedziano nam, że Polska przegrała na Mundialu z Kolumbią 0:3. Sami nie mogliśmy oglądać meczu, bo płynęliśmy wówczas łódką.

małżeństwo

Ekwadorskie prawo cywilne jest w tej kwestii martwe. Dziewczynki często wydawane są za mąż już po pierwszej miesiączce, a 14-letni ojciec to żadna nowość. Zresztą Fernando potwierdził, że w plemieniu Szuarów jest tak samo. I nie widział nic złego w tym, że jego 12-letnia siostra została wydana za 30-kilkuletniego mężczyznę. Istnieje tu też kategoryczny podział obowiązków. Mężczyźni polują, kobiety gotują i zajmują się domem. Dlatego nikt z panów nie potrafił odpowiedzieć mi na pytanie: ile gotuje się juka?

zdrowie

Wyprawa do najbliższego lekarza to 5-6 godzinny rejs, więc po prostu się go nie odwiedza. Teoretycznie można przez radio wezwać awionetkę, ale kosztuje to 400 USD, dlatego nikt nie korzysta z tej sposobności, Omene chwalił się, że wszystkie z jego siedmiorga dzieci urodziły się w domu. Ale pewnie tak to działa – pozostają przy życiu tylko najsilniejsi i najzdrowsi. Dziwiło nas też to, że

wszyscy mieli tu bardzo zdrowe zęby i żadnych siwych włosów. Nawet 80-letnia seniorka wioski! Zdrowy tryb życia i medycyna naturalna mogą widać zdziałać cuda. Ponoć w celach leczniczych (i rytualnych) stosowana jest tu też ayahuasca.

wierzenia

Na pytania w tej kwestii Omene odpowiadał bardzo zdawkowo. Wciąż istniej kult przodków, których grzebie się zwykle blisko domów, ale częste wizyty misjonarzy sprawiają, że w plemiennej mitologii gości coraz więcej motywów biblijnych. Huaorani mają też wiele legend, które przekazują z pokolenia na pokolenie. Jedna opowiada o tym, że rzeka Amazonka wytrysnęła z konarów olbrzymiego drzewa, które ludzie powalili na ziemię, by schwycić kondora-ludożercę.

zwierzęta

Ze zwierząt hodowlanych widzieliśmy tylko kury. Ale jeśli chodzi o tutejsze domowe maskotki to zdarzają się takie okazy jak udomowione ary, ostronosy czy anguti. Za to dżungla mieści w sobie prawdziwe bogactwo królestwa dzików, pancerników, małp, tapirów, pum, jaguarów. I chociaż nawet tu dzikie koty to rzadkość, to Omene mówił nam, że przynajmniej raz w roku zdarza mu się zobaczyć pumę. Nam udało się jednak zobaczyć tylko całą masę zadziwiających pająków, żab i skorpionów.

10 turystów na rok

Nie udajemy, że byliśmy następcami Francesca Orellany. Nie odkryliśmy dzikich plemion, bo Huaorani, choć zachowując swoją odrębność, całkiem dobrze radzą sobie ze światem zewnętrznym. Najlepszym  tego przejawem jest świadomość, że na turystach trzeba zarobić. Dlatego Omene starał się jak najlepiej wypełnić nam czas. Braliśmy udział w łowieniu ryb, kąpaliśmy się w pobliskim wodospadzie, słuchaliśmy kobiecych pieśni w języku huaorani, strzelaliśmy z dmuchawki, przemierzaliśmy puszczę za dnia i w nocy, a nawet przygotowano dla nas targ z rękodziełami uplecionymi przez tutejsze kobiety. Jednak jesteśmy pewni, że mimo całego zamieszania jakie wywołał w wiosce nasz przyjazd, mogliśmy się naprawdę dużo dowiedzieć o życiu w amazońskiej dżungli.

Na pewno korzystając z usług agencji trafilibyśmy do bardziej turystycznego miejsca. I na pewno w głębi dżungli istnieją jeszcze osady, w których nigdy nie zawitał żaden turysta. Ale w Wantaro też byliśmy wydarzeniem. Choć pierwszy turysta odwiedził społeczność w 2011 roku, to do tej pory było ich tu razem z nami 80-ciu. Wiemy to, bo Omene prowadzi swój własny nietypowy spis – każdą grupę gości uczy rozpalać ogień metodą huaorani:

Zaostrzonym kijem wywierca się dziurkę w deseczce, a pod spód podkłada się kawałek bawełny. Przy szybkim pocieraniu kijem zaczyna kłębić się dym i po chwili bawełna płonie. Wiemy to bo sami zostawiliśmy na deseczce swoją dziurkę. A każdy taki otwór to historia innych turystów. Nasz przewodnik potrafił dokładnie odtworzyć narodowość każdego otworu i imiona osób, które sobą symbolizuje.

Cena przygody

Jeśli ktoś dotrwał do tej pory to pewnie zastanawia się ile taka wycieczka może kosztować. Wszystko zależy od tego, na ile uda nam się uniknąć pośredników przy załatwianiu wizyty u Huaoranów. Jak się okazuje nie są oni wcale tacy straszni, jak głoszą legendy (przynajmniej już nie). My też wiemy teraz, że obecność Fernando nie była raczej potrzebna. Bo oczywiście historie z udawaniem kuzynów służyły tylko temu, żeby to on negocjował ceny z Huaoranami i dołożył sobie jeszcze parę dolarów do każdej opłaty. Ale ten mały szwindel mu nie wyszedł, bo sami dopytaliśmy o wszystkie ceny. Dlatego ostatecznie za 3 dniową wycieczkę (niedziela-środa) zapłaciliśmy 490 USD za 4 osoby, tj.:
140 USD na potrzeby wioski tj. wstęp i inne atrakcje (jak np. udział w łowieniu ryb),
200 USD za łódkę w obie strony,
75 USD dla Fernando,
75 UDS dla Omene.
Naszym zdaniem – na pewno było warto!

2 Comments

  • Wiśnia

    Przepiękne miejsce. Najbardziej podoba mi się kąpielisko w dżungli pod wodospadem. Od dzisiaj kiedy usłyszę słowo „dżungla”, będę widział Was pływających wśród skał … i ogarnie mnie przeszywająca do szpiku zazdrość, która z czasem spowoduje, że pojadę tam i w końcu znajdę ten wodospad 🙂
    Pozdrawiam ciepło i od dzisiaj śledzę Was na bieżąco!

    27 lipca 2018 at 09:54
    • Podróżofilia
      Podróżofilia

      Dzięki Wiśnia!
      Przy całej trudności życia w dżungli, są pewne elementy, których brakuje u nas
      A wodospad mam zaznaczony na GPSie także użyczę koordynatów i wskazówek „dojazdu” 🙂

      30 lipca 2018 at 22:56
LEAVE A COMMENT

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: