ŁADUJĘ

Doi Luang Chiang Dao, czyli samodzielny trekking w okolicy Chiang Mai

Doi Luang Chiang Dao, czyli samodzielny trekking w okolicy Chiang Mai

Uwielbiamy chodzić po górach, ale wycieczka z przewodnikiem to atrakcja, na którą naprawdę trudno nas namówić. Jeśli to możliwe, staramy się też stronić od zatłoczonych szlaków. Dlatego szukając ciekawego trekkingu w okolicach Chiang Mai zdecydowaliśmy się wyprawić trochę dalej na północ, do oddalonego o 70 km Chiang Dao. Naszym celem był tamtejszy dwutysięcznik – Doi Luang Chiang Dao.

Całą wyprawę na Doi Luang Chiang Dao można zamknąć nawet w 7 godzinach sprawnego marszu, ale my postanowiliśmy podzielić ją sobie a 2 dni, by móc spędzić noc w górach. Dopiero po godzinie 9:00 opuściliśmy nasz hostel w Chiang Mai i udaliśmy się czerwoną taksówką na dworzec autobusowy Chang Phuak. Stamtąd w ciągu dnia autobus do Chiang Dao odjeżdża co 30 min, dlatego nie trzeba zbyt precyzyjnie planować godziny swojego odjazdu. Przejazd do Chiang Dao trwa ok. 1,5 godziny i kosztuje zaledwie 40 THB. Samo Chiang Dao nie przypomina górskiego kurortu, tylko zwyczajne senne miasteczko rozciągnięte wdłuż głównej drogi, ale już tu można znaleźć przyjemny guest house i całkiem dobrą stołówkę. My skorzystaliśmy z tego drugiego i po sutym, choć późnym śniadaniu, ruszyliśmy w stronę oddalonej o 6 km wioski Ban Tham. Dla zaoszczędzenia czasu i sił postanowiliśmy łapać stopa. Zatrzymał się pierwszy jadący pick-up.

Tradycyjny tajski dom w Ban Tham

Jaskinie Ban Tham

Ban Tham już od pierwszych chwil kusi turystów bajkowymi krajobrazami i przytulnymi, rodzinnymi pensjonatami. Drewniane domy, nawiązujące do tradycyjnego tajskiego budownictwa i kolorowe przydomowe kapliczki, przypominające budki dla domowych duszków, tworzą prawdziwie sielankowy krajobraz. Jednak wioska słynie nie tylko z tego. Turyści i pielgrzymi przybywają tu, by odwiedzić świątynię i słynne święte jaskinie Ban Tham. My też nie zamierzaliśmy ich pominąć.

Jaskinia w Ban Tham

Już przy wejściu do jaskini otrzymujemy potwierdzenie, że tutejsze cuda natury wcale nie są oglądane przez Tajów ze speleologicznej perspektywy, lecz raczej jako miejsce kultu. Dlatego już od progu odwiedzających witają figury Buddy. Ciemności pieczary rozświetlają zaś nie tylko romantyczne świece, ale też kolorowe żarówki, które bardziej niż na ukazaniu fantazyjnych nacieków skalnych, skupione są na świętych figurach. Przejście głównej pieczary zajmuje 10 minut. Jeśli jednak chce się odkryć więcej jej uroków, warto przebrnąć przez jej górny korytarz wraz z przewodnikiem (200 THB za 20 min spacer). Do przejścia wystarczyłaby dobra czołówka, ale obecnie wejście bez przewodnika jest zabronione. Plus jest taki, że „napiwek” (czyli w rzeczywistości opłata) trafia do rąk miejscowych kobiet, które dzięki stanowisku przewodnika mają pracę. Minus: musisz dostosować się do ich tempa i wdychać, towarzyszący Ci zapach lampy naftowej. Dowiadujesz się też, że jakiś stalaktyt to „słoń”, a inny z kolei przypomina „lotos” itp., ale na tym dodatkowe informacje się kończą. Ale mówiąc serio i bez narzekania: dopiero wdrapując się po tych wąskich, stromych korytarzach można odkryć całe piękno jaskiń Ban Than.

Święte posągi w jaskini Ban Tham

Po wyjściu na światło dzienne warto też odwiedzić kompleks świątynny. Szczególną uwagę przykuwają tu posągi Buddy, zza którego wyziera wielogłowy wąż. To święty wąż Naga – rzadki symbol, który w buddyzmie therawada uznawany jest za stworzyciela świata materialnego.

Budda i święty wąż Naga

Doi Chiang Dao National Park

Wizyta w Ban Than zabrała nam trochę czasu, więc znów postanowiliśmy „łapać okazję”. I po raz kolejny zabrał nas na naczepę pierwszy przejeżdżający pick-up Isuzu (w Tajlandii to najpopularniejsza marka w tej klasie aut). Słyszeliśmy już, że podróżowanie stopem po Tajlandii nie jest trudne, ale i tak było to miłe zaskoczenie.
Krętą, górską drogą dotarliśmy do bramy wjazdowej do Chiang Dao National Park. Tam nasz kierowca zatrzymał się na chwilę i mogliśmy kupić wejściówki do parku (200 BTH/os). Na pytanie strażnika, gdzie jedziemy, odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą, że na szczyt. Usłyszeliśmy wtedy, że: „today way closed” i „go top tomorrow”. Dla świętego spokoju powiedzieliśmy więc, że zatrzymamy się w jednym z tutejszych pensjonatów. Jednak po przejechaniu kilku kolejnych kilometrów, poprosiliśmy kierowcę, by wysadził nas przy drodze – w miejscu, gdzie zgodnie z mapą zaczynał się nasz trekking.

Tropikalna roślinność w drodze na szczyt

Droga na szczyt

Wyjście na trekking znajduje się po lewej stronie drogi, jadąc od bramy wjazdowej do parku w górę. Przy drodze znajduje się wiata i tabliczka z przewrotnym napisem „no entry”. Zadziwiające, bo wszyscy lokalni przewodnicy właśnie tą drogą prowadzą swoje wycieczki. Wejście w jedne dzień na Doi Luang Chiang Dao z przewodnikiem kosztuje 2400 THB. Dwudniowy trekking nawet powyżej 4000 THB. Trochę trudno się temu dziwić, bo przewodnik i pomocnicy ciągną wtedy ze sobą ciężkie namioty, zapasy wody (na trasie nie ma niestety żadnego źródła ani strumienia) i jedzenia, by ich klienci również na szczycie mogli cieszyć się świeżymi tajskimi daniami. Tego typu trekkingi dają pracę lokalnej ludności, dlatego informacje o tym jak samodzielnie zdobyć szczyt nie są zbyt rozpowszechnione. Z tego samego powodu tutejszy strażnik mówił nam, że droga jest już zamknięta, co po prostu należy zrozumieć, jak: „dziś już jest za późno na wynajęcie przewodnika”.

Tak wyglądają plecaki wycieczkowych tragarzy

Tak czy inaczej, po 15:00 ruszyliśmy pod górę. Do zaznaczonego na mapie obozowiska mieliśmy jakieś 6,5 km i prawie 1000 metrów przewyższenia. Cały czas dość ostro pod górę. Najpierw przez gęsty tropikalny las, potem przez leśną monokulturę palm i wreszcie przy zachodzącym słońcu przez nasłonecznione zarośnięte krzakami wzgórza. Zgubić nie było się gdzie, bo ścieżka wyraźnie wiła się pod górę. Po drodze spotkaliśmy jeszcze dwie kilkuosobowe grupki tajskich turystów, którzy schodzili już ze szczytu.

W drodze na Doi Luang Chiang Dao

Doi Chiang Dao National Park jest promowany jako raj dla wielbicieli ptaków. Rzeczywiście przez całą drogę towarzyszyły nam ptasie trele, ale dostrzegliśmy tylko jeden gatunek małych żółtych ptaszków, wielkości naszego słowika, które co chwilę przelatywały nad naszymi głowami.

Tak wygląda szczyt z dołu

W końcu po 3 godzinach marszu dotarliśmy do obozowiska. Na miejscu stało już kilkanaście żółtych, wycieczkowych namiotów i czuć było gotujące się na paleniskach aromatyczne potrawy. Przypominało to małą tajską osadę, zaledwie 700 metrów od szczytu.

Obozowisko – zaledwie 15 minut od szczytu

O 18:20 zachodziło słońce, więc zrezygnowaliśmy z wchodzenia na szczyt i zajęliśmy się rozstawianiem namiotu i zbieraniem drewna na opał. Jednak nawet stąd zachód słońca wyglądał wspaniale. Jeszcze większe wrażenie zrobiło na nas usiane gwiazdami niebo, które trudno zobaczyć w Bangkoku czy nawet w Chiang Mai. Siedzieliśmy przy ognisku, słysząc jak rozmowy w obozowisku powoli milkną. W końcu poszliśmy spać z postanowieniem, że szczyt zdobywamy wraz ze wschodem słońca…

Nasz górski domek 🙂

Doi Luang Chiang Dao – 2125 m n.p.m.?

Nasze mocne postanowienie wczesnej pobudki przegrało jednak z przyjemnym snem w namiocie. Dlatego na szczyt ruszyliśmy dopiero po 9:00. Z obozowiska był to już krótki, ale orzeźwiający 15 minutowy spacer ostro pod górę. Może przegapiliśmy wschód słońca, ale panorama nadal była warta wysiłku. Zdobyliśmy Doi Luang Chiang Dao – trzeci pod względem wysokości tajski szczyt. Choć tak naprawdę nadal nie jesteśmy pewni ile dokładnie mierzy ta góra. W sieci i przewodnikach można było przeczytać, że 2125 m; na tabliczce na szczycie było o 100 m więcej, a nasz GPS pokazywał jakieś 2134 m. Zostańmy zatem przy oficjalnej wersji: 2125 m n.p.m..

Doi Luang Chiang Dao, trzeci z kolei tajski szczyt pod względem wysokości

Z Doi Luang Chiang Dao schodziliśmy już dobrze znaną nam drogą. Po drodze mijaliśmy kolejne grupki tajskich turystów, które w palącym słońcu dopiero wspinały się pod górę. Na trasie spotkaliśmy tylko jedną „białą” parę. Anna i Andy z Wielkiej Brytanii też zdobyli szczyt na własną rękę. Tyle, że szybko, na lekko i w jeden dzień, a dokładnie w 7 godzin w obie strony. Wracaliśmy do Ban Tham razem, więc razem łapaliśmy też kolejnego stopa w stylu pick-up z naczepą. To od nich dowiedzieliśmy się, że obok Ban Tham, przy wjeździe do wioski Ban Rong Wua znajdują się publiczne ciepłe źródła, a tuż za nimi odbywa się właśnie coroczny hippisowski Festiwal Shambhala.

Krajobrazy po drodze

Możecie sobie wyobrazić jak cudownie było po takiej wycieczce wskoczyć do chłodnego strumienia, a potem do bali z gorącą wodą? Te ciepłe źródła były najlepszą niespodzianką jaką mogliśmy sobie wyobrazić. Tego popołudnia było to też jedno z najbardziej egalitarnych miejsc na ziemi. Po odrobinę odświeżenia przychodzili tu tajscy hipisi, alternatywne rodziny z całej Europy i lokalna ludność.

Chiang Dao Hot Springs, czyli gorące źródła tuż obok wioski Ban Rong Wua

Już wykąpani zajrzeliśmy też na miejsce festiwalu. Jeśli ktoś z Was kiedykolwiek był na Rainbow Festival to pewnie nie musimy tłumaczyć jak kolorowo potrafi być w takim miejscu. Dziesiątki żonglujących osób, stoiska z biżuterią, pyszne wegetariańskie jedzenie, a do tego masyw Doi Luang Chiang Dao w oddali. Na terenie festiwalu wypoczywaliśmy jakieś 2 godziny, napawając wzrok i dając upust swojemu wilczemu apetytowi.

Shambhala Festival – hipisowski festiwal, odbywający się co roku w połowie lutego koło Chiang Dao

W końcu jednak, już zupełnie ciemnym wieczorem, postanowiliśmy wracać do zarezerwowanego przez nas hostelu w Chiang Mai, gdzie została reszta naszych rzeczy. Autostopem oczywiście. I znów nie było z tym żadnych problemów.

LEAVE A COMMENT

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: