ŁADUJĘ

Kowbojska przygoda i dwa trekkingi, na które warto wyruszyć z Vilcabamby

Ecuador

Kowbojska przygoda i dwa trekkingi, na które warto wyruszyć z Vilcabamby

Co można robić w maleńkiej wioseczce wśród gór na południu Ekwadoru? I jakim cudem to właśnie Vilcabamba szczyci się mianem najbardziej ekspackiej miejscowości w całym kraju? Czy to tylko zasługa wyjątkowo przyjemnego klimatu? Czy może cudowne działanie inkaskiego boga, który niczym nasz Giewont strzeże tej niewielkiej mieściny? Bez większych oczekiwań postanowiliśmy sami się o tym przekonać.

Maleńki parczek z fontanną i kolorowy kościółek. Na pierwszy rzut oka nic specjalnego. No, może tylko ten przyjemny świeży i ciepły wiaterek, który sprawia, że już od pierwszych chwil człowiek czuje się tu dobrze. Jest ciepło, ale nie za gorąco. Można zapomnieć o chłodnych porankach w Quito i lepkiej duszności amazońskiej puszczy.

Po jakimś czasie dostrzegliśmy też, że w wiosce roi się od restauracji i kawiarenek. Ponoć jest kilka naprawdę wybitnych, ale my od pierwszego posiłku zawsze wracaliśmy do Natural Yogurts. Meksykańskie burritos, quesadillas z awokado, spaghetti z naturalnym pesto i świeże koktajle zabiły w nas potrzebę dalszych restauracyjnych wędrówek.

Z naszego ulubionego stolika mogliśmy zauważyć, że większość klientów pobliskich restauracji z pewnością nie pochodzi stąd. Nie byli to też zwyczajni turyści, bo podobnie jak rodzimi mieszkańcy wioski Vilcabamba nosili kowbojskie kapelusze, skórzane buty i wysłużone jeansy. W większości przypadków akcent zdradzał redneków z Teksasu, ale nie brakowało też hippisowskich rodzinek, które przyjechały się tu z najróżniejszych zakątków świata.

Opowieści Spod Kapelusza

Vilcabamba nie przyciąga przypadkowych ludzi. Prócz podstarzałych amerykańskich kowbojów, którzy korzystają tu z taniego życia na emeryturze, do wioski przyjeżdża cała masa najdziwniejszych freaków. Bez problemu znajdziesz tu antyszczepionkowców i płaskoziemców. Sam poznałem rodzinę z Polski, która zamieszkała tu, bo nie chciała szczepić dzieci – opowiadał nam 25-letni Piotr Bobołowicz, Polak, którego przypadkowo poznaliśmy przy kawie.

To Piotr zagadał do nas pierwszy po polsku. Inaczej, patrząc na jego skórzany kapelusz i rzemieślnicze kowbojki, nigdy nie domyślilibyśmy się, że przez większość czasu bliżej mu było do lubelskiej starówki, niż do ekwadorskiego rancza. Jak się okazało w Ekwadorze spędził już ponad rok, z czego większość właśnie tutaj. W jego ekspackiej przygodzie towarzyszył mu koń Sol i pies Haudi. – Pies wróci ze mną do Polski, ale konia będę musiał w końcu sprzedać. Ale to dopiero w przyszłym roku. Wcześniej zamierzam przejechać wierzchem przez cały Ekwador. To może trochę potrwać. Pół roku, a może i dłużej – opowiadał nam o swoich planach Piotr. – Tymczasem prowadzę bloga Spod Kapelusza – o życiu w Ekwadorze i przygotowuję materiał do wydania książki. Z początku zastanawiałem się, czy nie zostać tu na stałe, ale teraz już wiem, że to nie dla mnie.

Piotr opowiedział nam historię swojej podróży po Ekwadorze i tego, jak to się stało, że ostatecznie osiadł w Vilcabambie. Zamieszkał tu w udostępnionej przez znajomego murowanej stajni, w której – jak mieliśmy okazję się przekonać – urządził sobie całkiem przytulne mieszkanie. To tutaj nauczył się jeździć konno, zakochał się w miejscowej dziewczynie i zaczął realizować swoje marzenie o książce. Od czasu do czasu pełnił też rolę przewodnika konnych wycieczek.

Było o czym rozmawiać, i to nie tylko na tematy ekwadorskie. Okazało się, że Piotr studiował stosunki międzynarodowe, więc szybko nasze rozmowy przeszły na polityczne tematy ze znacznie bliższego podwórka. Po 3 godzinach rozmowy, umówiliśmy się na wspólną konną wycieczkę w najbliższą środę. Był poniedziałek, więc mieliśmy czas, by przemierzyć wcześniej jeszcze dwa szlaki polecone nam w tutejszej informacji turystycznej.

Trasa I: Na szczyt Mandango

Jeszcze tego samego dnia wyruszyliśmy na szczyt Mandango. Jest to najsłynniejsza góra w pobliżu wioski Vilcabamba, której kształt z daleka przypomina leżącego mężczyznę. W języku kiczua sama nazwa „Mandango” oznacza „leżącego boga”, chociaż możemy spotkać się też z tłumaczeniem tego słowa na „czcigodny” lub „twarda twarz”. Żyjący tu  niegdyś Inkowie wierzyli, że to właśnie obecności tego drzemiącego bóstwa zawdzięczają wyjątkowo łagodny klimat. To ponoć dzięki jego opiece wioskę Vilcabamba nie nawiedzają  susze i trzęsienia ziemi.

Jednak nawet bez aury legendy Mandango jest górą wyjątkową. Nie potrzeba wiele wysiłku i czasu, by dotrzeć na jej szczyt i napawać się zachwycającym widokiem na rozłożystą dolinę. Wierzchołek góry od stacji autobusowej dzieli niecałe 3 km, dlatego całość wycieczki można zamknąć nawet w 3 godzinach.

Najlepiej wspiąć się na szczyt na godzinę przed zachodem słońca. Z wysokości ok. 2000 metrów widać wówczas całą wioskę jak na dłoni. Wokół niej potężne górskie pasma toną w promieniach lekko pomarańczowego słońca. Można też urządzić sobie krótki spacer wzdłuż potężnego grzbietu Śpiącego Inki, jak czasem nazywane jest Mandango. Albo urządzić sobie mały piknik na znajdującej się tu ławeczce. Bo z pewnością nie warto śpieszyć się z powrotem. 360-stopniowa panorama jest zbyt piękna, by zaszczycić ją tylko pośpiesznym spojrzeniem.

Trasa II: Wyprawa po Agua de Hierro

Kolejny dzień w wiosce Vilcabamba przeznaczyliśmy na błogie lenistwo i dopiero późnym popołudniem postanowiliśmy wyruszyć na spacer wzdłuż rzeki Rio Chamba. Naszym celem było niewielkie źródełko z leczniczą wodą bogatą w żelazo. Jednak samo miejsce ze słynną agua de hierro należy traktować tylko jako pretekst do spaceru. Inaczej czeka nas rozczarowanie, bo źródełko to po prostu duża kałuża, wypływająca spod stup omszałej skały. Znacznie przyjemniejsze widoki czekają nas po drodze, wzdłuż rzeki Rio Chamba. W słoneczny dzień można poszukać tam miejsc do kąpieli, a w chłodniejsze dni pobłądzić po ścieżkach przygotowanych przez właścicieli Rumi Wilco Nature Reserve. Poczujemy się na nich jak w ogrodzie botanicznym, bo właściciele hostelu porozwieszali na drzewach i krzakach karteczki z opisem poszczególnych roślin. Ale nawet bez dodatkowych podpowiedzi sami znajdziemy drzewka kawowe, olbrzymie aloesy i bananowce. A może zamarzy nam się zostać na dłużej w drewnianej chatce na palach tuż przy brzegu Rio Chamba?

Trasa III: Konna wycieczka wodospadu el Palto

Kolejnego poranka, zgodnie z umową, Piotr zgarnął nas spod fontanny na wspólną wycieczkę. – Niestety nie wyruszymy o czasie, bo mój znajomy Ricardo dopiero teraz przypomniał sobie, że musi poszukać koni. Ale możemy zaczekać na niego u mnie – wyjaśnił nam na przywitaniu Piotr. Nigdzie nam się nie śpieszyło, a obietnica kawy sprawiła, że jeszcze chętniej pomaszerowaliśmy do królestwa naszego znajomego.

Na miejscu, z całą mocą swej psiej radości, przywitał nas, czarny jak smoła, Haudi. – To jeszcze szczeniak. Ma dopiero pół roku, ale liczę na to, że spoważnieje do czasu naszej konnej wyprawy. Zresztą już teraz reaguje na wszystkie podstawowe komendy – opowiadał nam Piotr, gotując na podwórku wodę na kawę w prowizorycznym piecu z kilkunastu cegieł. – W sobotę przyjeżdża moja dziewczyna, więc zamierzam przerobić ten piecyk, by dało się w nim zrobić prawdziwą polską szarlotkę – pochwalił się. – Zresztą tu jedzenie w restauracji jest tak dobre i tanie, że brak kuchni zupełnie mi nie przeszkadza.

Kawa był znakomita, a konie pojawiły się na podwórku zaraz, gdy tylko opróżniliśmy pierwsze kubki. Chwilę później Piotr asystował już przy podkuwaniu swojego rumaka. Przemiana eleganckiego studenta, marzącego o magisterce we Francji, w pełnokrwistego kowboja była fascynująca. Pomyślałam sobie wtedy, że właśnie to jest najpiękniejsze w podróżowaniu. Nowe miejsca to nowe możliwości i nowe okazje do realizacji marzeń. Czasem takich, które mogły zaistnieć tylko na drugim końcu świata.

W końcu ruszyliśmy. Piotr na swoim zaufanym Solu, ja na niewielkim i spolegliwym Negro, a Marek na narowisty kasztanowym koniu, którego wynajął nam któryś z sąsiadów (koszt wynajęcia konia to ok. 25 USD/os.). Nasze doświadczenie jeździeckie nie było zbyt wielkie, a teraz mieliśmy odbyć ponad 4-godzinną wycieczkę do wodospadu el Palto!

Z początku trasa prowadziła ulicami wioski i tylko czasem trzeba było „zjeżdżać na pobocze”, gdy na drodze pojawiło się jakieś auto. – Tu mieści się hippisowska komuna Chambala. Można tam zjeść naprawdę dobry wegański obiad. A tam wypalają cegły z gliny. Moda na eko-gliniane domy to kolejna nowość w Vilcabambie – tłumaczył nam Piotr wskazując ręką kolejne mijane miejsca. Po jakimś czasie na naszej trasie pojawiła się rzeka. – Musimy ją przekroczyć. Dajcie się prowadzić koniom, one wiedzą co robią – krzyknął nasz przewodnik.

I rzeczywiście konie same wybierały najbezpieczniejszą ścieżkę przez mocny nurt rzeki. Tak samo było też później, kiedy stromą, wąską ścieżką wspinały się po zboczu wzgórza. Ta konna wspinacza trwała dobrą godzinę, ale z każdym krokiem wyłaniała się przed nami coraz piękniejsza panorama. Olbrzymi górski wąwóz, wewnątrz którego ukryty był gdzieś, wysoki na 30-metrów wodospad. – To co teraz widzicie mierzy pewnie nie więcej niż 12-metrów. Ale we wszystkich przewodnikach podają jego całkowitą długość, od samego źródła, tam na górze – sprostował Piotr, kiedy już staliśmy pod kaskadą el Plato.

Tak czy inaczej widok był imponujący. Choć jeszcze piękniejsze pejzaże towarzyszyły nam po drodze. Po krótkim odpoczynku, wróciliśmy do koni, które zostawiliśmy na pobliskiej polanie. W drodze powrotnej, już tak bardzo oswoiliśmy się z naszą nową kowbojską rolą, że jazda konna zupełnie nie przeszkadzała nam w swobodnej konwersacji. W końcu nie często spotyka się Polaka mieszkającego Ekwadorze. I to jeszcze Polaka-Kowboja.

LEAVE A COMMENT

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: