ŁADUJĘ

Na szczycie tęczy, czyli wycieczka na Rainbow Mountain

Na szczycie tęczy, czyli wycieczka na Rainbow Mountain

Nie da się jej pomylić z żadną inną górą na świecie. Raz zobaczona na zawsze zapada w pamięć, dlatego nic dziwnego, że w ciągu zaledwie 3 lat Tęczowa Góra stała się jedną z największych atrakcji i wizytówek Peru.

Rainbow Mountaina zobaczyłam po raz pierwszy na blogu moich znajomych w 2015 roku. Od tamtej pory wiedziałam, że jeśli kiedykolwiek dotrę do Peru, to z pewnością zrobię wszystko, by ją zobaczyć. Teraz już wiem, że takie samo marzenie miało tysiące innych turystów z całego świata.

Dowód na ocieplenie klimatu

Prawdziwa nazwa Rainbow Mountain to Vinicunca. Pod tą nazwą góra, mierząca 5200 m n.p.m., istniała przez wieki znana tylko andyjskim plemionom. Dopiero kilka lat temu, kiedy pod wpływem globalnego ocieplenia stopniała gruba śnieżna czapa, odsłoniły się jej fantastyczne kolory. Historie o jej niebywałym wyglądzie szybko zaczęły przyciągać tu peruwiańskich i zagranicznych turystów. Nie było to trudne, bo Tęczowa Góra znajduje się tylko 4 godziny jazdy od Cuzco – dawnej stolicy Inków, a obecnie jednego z najsłynniejszych miast Ameryki Południowej. W 2015 roku agencje turystyczne w Cuzco zaczęły oferować już pierwsze zorganizowane wycieczki na tęczową przełęcz. Obecnie ofertę wycieczki na Rainbow Mountain można zobaczyć w mieście na każdym rogu. Jej wizerunek widnieje też na reklamach napojów izotonicznych i pastylek przeciwdziałających chorobie wysokościowej.

Bogactwo minerałów

Zachwycający wygląd Rainbow Mountain jest zasługą ułożonych pasmowo minerałów, które tworzą w ten sposób jej tęczowy wygląd. Za kolor zielony odpowiada patyna (utlenione związki miedzi); za niebieski – siarczany miedzy, żółty – związki siarki, czerwony – związki żelaza, zaś biały jest zasługą występujących tu złóż wapnia. To mineralne bogactwo sprawiało, że już kilkukrotnie peruwiański rząd otrzymywał propozycję sprzedaży góry na rzecz zagranicznego kapitału. Peru zablokowało jednak raz na zawsze oferty zakupu Tęczowej Góry, wpisując ją na listę peruwiańskiego dziedzictwa narodowego. Decyzja o ochronie Rainbow Mountain nie była z pewnością zupełnie bezinteresowna. Istnienie góry w jej nienaruszonym stanie zapewnia bowiem stały przypływ gotówki do budżetu państwa. Wychodząc na szlak każdy turysta musi zakupić odpowiednią wejściówkę w cenie 5 soli dla Peruwiańczyków lub 10 soli dla obcokrajowców (czyli ok. 11 PLN). Przy liczbie ponad 1000 turystów dziennie suma ta staje się już niebanalna.

Z wycieczką czy samemu?

Z początku byliśmy pewni, że wycieczkę na Tęczową Górę zorganizujemy sami. Jednak po przeczytaniu kilku relacji, zdecydowaliśmy się na usługi agencji. Samodzielna wyprawa wymagałaby bowiem poświęcenie przynajmniej 2 dni i w najlepszym wypadku wydania tej samej sumy, którą proponowały najtańsze biura turystyczne w Cuzco. Bo już po krótkim rozeznaniu okazało się, że wycieczki na Rainbow Mountain cieszą się taką popularnością, iż niektóre agencje organizują je na granicy opłacalności. Najtańsza znaleziona przez nas oferta (w sierpniu 2018 roku) wynosiła 40 peruwiańskich soli od osoby (w cenie dojazd i przewodnik, ale bez wyżywienia). Trafiliśmy jednak też do miejsc, gdzie usłyszeliśmy zawrotną cenę 140 dolarów. My ostatecznie zdecydowaliśmy się na usługi agencji, która w cenie 50 soli od osoby (ok. 55 PLN) oferowała również śniadanie i obiad.

Wyprawa bladym świtem

By zamknąć wycieczkę w jednym dniu, turystyczne busiki krążą po Cuzco już od 3 rano, zabierając podróżnych wprost spod ich hoteli. My rozsiedliśmy się w busie o 4 nad ranem, ale i tak w pełnym, 12-osobowym składzie opuściliśmy Cuzco dopiero po 5:00. Pierwszej części przejazdu zupełnie nie pamiętamy, bo spaliśmy skuleni na naszych fotelach. Dopiero ok. 9:30 nasz bus zatrzymał się przy niewielkim restauracyjnym pawilonie, położonym w malowniczej górskiej dolinie. Śniadanie składało się z kawy, herbaty i chleba z marmoladą. Nasz przewodnik zapewniał nas, że taki lekkostrawny posiłek pozwala lepiej znieść wysokość. Nie wiem czy ktokolwiek w to uwierzył, ale i tak nie spodziewaliśmy się większych frykasów podczas naszej wyprawy. Po za tym chleb był świeży i było go pod dostatkiem.

Po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę. Do parkingu zostało niecałe 40 minut jazdy, ale była to już droga po górskich serpentynach, ciągnących się coraz wyżej i wyżej. Nagle jeden z naszych współpasażerów zaczął wymiotować. Na szczęście siedział z przodu, tuż przy oknie i nikomu nie dostało się rykoszetem. Kierowca zatrzymał busa przy drodze i pozwolił zmaltretowanemu Niemcowi przez chwilę odpocząć.

Krótko, ale wysoko

Sam trekking na Rainbow Mountain nie jest długi. Wyprawa z parkingu i z powrotem zajmuje zwykle ok. 4 godzin. Na drogę pod górę przeznacza się dwie godziny i półtorej godziny na zejście. Ten z pozoru niezbyt wymagający trekking może jednak niemiło zaskoczyć. Szczególnie, jeśli ktoś nie jest dobrze zaaklimatyzowani do wysokości. My na szczęście mieliśmy już za sobą kilka podobnych trekkingów, dlatego nie odczuwaliśmy tego w dotkliwy sposób. Jednak na każdym kroku widzieliśmy przewodników, który aplikowali dodatkowe porcje tlenu przerażonym i sapiącym dramatycznie wędrowcom. Innym sposobem na ich otrzeźwienie były rozpylane na dłonie perfumy. Intensywny zapach Agua Florida odwracał na chwilę uwagę od trudności z jaką przychodziło niektórym łapać powietrze. Niektórzy przewodnicy rozlewali też swojej grupie herbatę z liści koki lub rozdawali cukierki o jej smaku.

Ostatecznym ułatwieniem było skorzystanie z oferowanych tu na szlaku koni, na których można było przebyć 90% procent całej trasy. Jednak ostatnie podejście należało już pokonać o własnych siłach. Na wynajęcie konia zdecydował się również nasz pechowy współtowarzysz z Niemiec. Niestety okazało się, że przecenił swoje siły i już w połowie drogi musiał zawrócić na parking. Jednak nawet tam jego stan się nie poprawił i ostatecznie mężczyzna został zabrany karetką do miasta.

Dodatkowy litr robi różnicę

Już na samym początku trekkingu umówiliśmy się z naszym przewodnikiem, że odłączymy się od grupy i pójdziemy na szczyt trochę szybciej. Zależało nam bowiem nie tylko na dotarciu na Rainbow Mountain, ale także na dojściu do przepięknej Czerwonej Doliny, która rozpościerała się zaraz za górą. Teoretycznie nasza wycieczka również obejmowała ten dodatkowy spacer, ale kondycja i morale większości naszych współwycieczkowiczów nie wskazywały na jego realizację.

Przez dłuższą chwilę szliśmy równo z koniem, na którym siedziała nasza koleżanka z grupy. Klacz prowadzona była za uzdę przez swoją właścicielkę. Puszysta, czterdziestoletnia Indianka w kolorowym kapeluszu, rozłożystej spódnicy i starych tenisówkach maszerowała dziarsko bez żadnej zadyszki. W połowie drogi musieliśmy przyznać, że nie dajemy rady dotrzymać jej kroku, chociaż możliwe, że kobieta pokonywała tę trasę już dziś po raz drugi lub trzeci.

Na swoje usprawiedliwienie przywoływaliśmy przeczytaną niedawno informację o dodatkowym litrze krwi, którą posiadają potomkowie Inków. To ponoć dzięki niej ich organizm szybciej rozprowadza tlen i pozwala zachować niesłychaną tężyznę fizyczną nawet na tak znacznych wysokościach. Z tego samego źródła (tj. Królestwo złotych łez Zenona Kosidowskiego) dowiedzieliśmy się, że w państwie Inków najważniejszą rolę w przekazywaniu informacji spełniała sieć gońców. Młodzi mężczyźni, którzy pełnili rolę gońców, rozstawieni byli w posterunkach pocztowych co kilka kilometrów. Dzięki temu zaszyfrowana w postaci kipu (pisma węzełkowego) wiadomość mogła przebyć drogę z Quito do Cuzco, liczącą prawie 2000 kilometrów, w niecałe 5 dni. Oznaczało to, że inkascy gońcy musieli biec przez mordercze góry ze średnią prędkością przewyższającą 16 km na godzinę!

Śnieg, tłumy i setki selfie

Wśród takich rozważań zbliżaliśmy się powoli do tęczowej przełęczy. Trzeba jednak przyznać, że już od pierwszego kroku widoki na trasie były niesamowite. Rozległa górska dolina mieniła się kolorami, wśród których przeważała zieleń, pomarańcz i ceglana czerwień. Największą feerię barw miała jednak zapewnić nam Rainbow Mountain.

I tu pojawiło się rozczarowanie. Kiedy dotarliśmy do tęczowej przełęczy, zaczął padać śnieg. Przez gęstą mgłę i śnieżną zawieruchę prawie nic nie było widać. Zawiedzeni kręciliśmy się w tłumie turystów, którzy podobnie jak my liczyli na „zdjęcie życia”. Na nic takiego się nie zapowiadało, więc ruszyliśmy dalej na szczyt góry. Należy tu sprostować, że mówiąc o „szczycie” nie mamy na myśli Tęczowej Góry. Na nią wejście jest zabronione. Wchodzi się za to na wierzchołek przeciwległej góry, z której rozciąga się jeszcze doskonalszy widok na kolorową panoramę. Ten bliźniaczy szczyt również mierzy 5200 m n.p.m., ale – w przeciwności do Rainbow Mountain – przez większość roku pokryty jest cienką warstwą śniegu.

Na szczęście, kiedy zaczęliśmy wspinać się pod górę, powoli zaczynało się rozpogadzać. W końcu śnieżyca ustała i na tęczowe zbocze padły delikatne promienie słońca. Nie doczekaliśmy się już błękitnego nieba, ale nawet przy tej pogodzie widok był niesamowity. Szkoda tylko, że jego kontemplację zakłócały setki aparatów, które zaraz dołączyły do walki o ładny kadr. Musimy jednak przyznać, że nasz obiektyw również wkroczył na pole bitwy.

Wszechobecne piękno

Tęczowa przełęcz i punkt widokowy na szczycie to miejsca, do których docierają codziennie dziesiątki grup wycieczkowych. Jednak zaraz za Tęczową Górą, na rozległej przestrzeni Red Valley, natężenie turystów mocno spada. Dlatego jeśli tylko ktoś może pozwolić sobie na dłuższą wyprawę to z pewnością powinien spróbować wybrać się również na spacer w tamtą stronę. My byliśmy ograniczeni czasem odjazdu naszego wycieczkowego busa, dlatego mogliśmy sobie pozwolić tylko na półgodzinny spacer w dół doliny. Jednak nawet ta przechadzka zrobiła na nas duże wrażenie.

Przyjemnie było też spacerować z powrotem do parkingu, bo droga w dół była już znacznie łagodniejsza i pozwalała bardziej skupić się na zachwycających panoramach. Dostrzegało się wówczas, że Tęczowa Góra jest tylko niewielkim elementem fantastycznego krajobrazu, który ciągnie się tutaj kilometrami. Dlatego żałowaliśmy, że cały ten trekking trwał zaledwie 4 godziny. Konieczność powrotu osładzała tylko myśl o zasłużonym obiedzie, na który już porządnie nabraliśmy ochoty.

LEAVE A COMMENT

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: