ŁADUJĘ

Ponad chmurami, czyli jak zdobyć Cotopaxi (5891 m) bez przewodnika?

Cotopaxi Ecuador, Latacunga

Ponad chmurami, czyli jak zdobyć Cotopaxi (5891 m) bez przewodnika?

Cotopaxi jest górą niesamowitą. Nie chodzi tylko o jego bajkową piękność. To jeden z najwyższych i najbardziej aktywnych wulkanów na świecie i 4 najwyższy szczyt, jeśli zmierzymy jego wysokość od środka ziemi. Taki już przywilej gór leżących na równiku. W tym rankingu Cotopaxi wygrywa nawet z Mont Everest. Dlatego podobnie jak wielu innych ekwadorskich turystów, zamarzyliśmy o jego zdobyciu.

W indiańskim języku keczua nazwa Cotopaxi oznacza „szyję księżyca”. Góra od wieków uważana była za świętą i śmiertelnie groźną. Nic w tym dziwnego, skoro do dziś wiemy o 60 erupcjach Cotopaxi. Ponoć wybuch, który nastąpił w 1744 roku słyszalny był nawet 800 kilometrów dalej. Ostatnie, znacznie łagodniejsze przebudzenie wulkanu miało miejsce w 2015 roku.

Lodowiec dla początkujących?

Cotopaxi posiada w skali alpejskiej stopień PD, oznaczający . „dość trudno”. Wejście na takie góry nie wymaga teoretycznie żadnych „specjalnych” umiejętności alpinistycznych. Oznacza to, że raczej nie będziemy się nigdzie wpinać i budować stanowisk, ale wciąż musimy wiedzieć, jak używać raków, czekana i liny.

Jest jednak coś, co sprawia, że dla wielu śmiałków Cotopaxi jest pierwszym zdobytym lodowcem w życiu. Całość wyprawy na Cotopaxi można zamknąć w jednej dobie. Wystarczy rano podjeść godzinę z parkingu do schroniska Jose Rivas na wysokość 4850 m n.p.m. i już najbliższej nocy wyruszać na szczyt. Nie trzeba zatem przez kilka dni maszerować przez góry do ostatecznego base campu. Oszczędza się przez to ogromu sił i funduszy.

Bez przewodnika się nie da?

Oficjalnie od 2013 roku w Ekwadorze nie wolno zdobywać żadnego lodowca bez licencjonowanego przewodnika. To ograniczenie na tyle poprawiło bezpieczeństwo w Parku Narodowym Cotopaxi, że od jego wprowadzenia nie wydarzył się tu żaden wypadek śmiertelny podczas ataku szczytowego. Dlatego nie zamierzamy nikogo przekonywać, że przewodnik jest niepotrzebny. Wręcz przeciwnie. To właśnie obecność grup z przewodnikami, które spotykaliśmy na trasie, dodawała nam poczucia bezpieczeństwa. Dla nas jednak koszt wynajęcia przewodnika potroiłby wydatki na tę wyprawę i w efekcie zmusiłby nas do rezygnacji z całej eskapady (koszt wycieczki na osobę wynosił wówczas 180-350 USD). Dlatego postanowiliśmy spróbować, czy jest możliwe przygotować taką wspinaczkę samemu.

Przygotowania w 5 punktach

1. Aklimatyzacja

Myśl o zdobyciu Cotopaxi nie narodziłaby się w naszych głowach, gdyby nie przekonanie, że jesteśmy dobrze zaaklimatyzowani. Zaledwie 3 tygodnie wcześniej zdobyliśmy lodowiec Nevado de Tolima w Kolumbii (5225 m n.p.m.), tydzień wcześniej byliśmy na szczycie Rucu Pichincha (4696 m n.p.m.) pod Quito, a przez kilka ostatnich dni przemierzaliśmy malowniczą pętlę wokół Laguny Quilotoa (3930 m n.p.m). Dlatego najcięższą przeszkodę mieliśmy już pokonaną.

2. Trasa

Tradycyjnie przeczytaliśmy wszystko, co na temat Cotopaxi znalazło się na stronie Summitpost i na kilkunastu blogach podróżniczych. Nigdzie nie znaleźliśmy informacji o samodzielnym wchodzeniu na szczyt po 2013 roku. Mimo to sprawdziliśmy jeszcze trasy, które ludzie przemierzyli w bieżącym roku z urządzeniem Garmin i Suunto. Porównanie szlaków i wiadomość, że „droga na szczyt wydaje się być w miarę oczywista” trochę nas uspokoiły.

3. Rezerwacja noclegu

Na atak szczytowy wyrusza się ze Refugio Jose Rivas na wysokości 4850 m n.p.m.. Teoretycznie można też rozbić namiot, ale my żadnego nie widzieliśmy po drodze. Słyszeliśmy zresztą, że właściciele schroniska nie darzą obozowiczów sympatią i nie ułatwiają im życia. Choć trudno się dziwić, że ktoś może zdecydować się na pozostanie w namiocie, gdy nocleg w schronisku kosztuje aż 33 USD za osobę w dormitorium. Cena mieści w sobie też gorącą czekoladę na powitanie, dwudaniową kolację, śniadanie i stały dostęp do ciepłej, przegotowanej wody. Ale nawet z tymi dodatkami był to najdroższy nocleg na jaki pozwoliliśmy sobie w ciągu całej naszej podróży. Przed pojawieniem się w schronisku należy dokonać telefonicznej rezerwacji miejsc i następnie potwierdzić ją przelewem bankowym. W zamian za podesłanie dowodu wpłaty, otrzymamy wirtualny dokument, potwierdzający rezerwację. Może on być potem sprawdzany przy wjeździe do Parku Narodowego. Posiadanie rezerwacji w schronisku uprawnia teoretycznie do wjazdu na teren Parku Narodowego bez przewodnika. Oczywiście z zastrzeżeniem, że idziemy tylko nocować w schronisku i nigdzie indziej. Podczas dokonywania rezerwacji nie warto zatem chwalić się innymi planami.

Strona Facebook Fefugio Jose Rivas
Numer telefonu / WhatsApp:
+ 593 98 790 8704

4. Sprzęt

Sportową odzież, ciepłe puchowe kurtki, czapki, rękawice i wygodne buty podejście – te rzeczy mamy ze sobą na wszelki górski wypadek, ale nasze raki i czekany zostały w domu. Dlatego wybraliśmy się na spacer po centrum Latacungi w poszukiwaniu miejsca, gdzie moglibyśmy wypożyczyć sprzęt. Znaleźliśmy je przy Hostelu Old House Backpackers.

Guillermo, właściciel wypożyczalni próbował przekonać nas do wykupienia u siebie wycieczki. Jednak po kilkukrotnych odmowach ostatecznie dał za wygraną i zgodził się pożyczyć nam potrzebny sprzęt. Za komplet składający się z butów-skorup, raków, uprzęży, kasku i czekana zapłaciliśmy po 30 USD od osoby.

Pojawił się tylko jeden problem. W Ekwadorze nigdzie nie można pożyczyć górskiej liny, bo za jej dostarczenie odpowiedzialny jest przewodnik. Mieliśmy nadzieję, że znajdziemy taką, w którymś ze sklepów sportowych. Jednak poszukiwania okazały się bezowocne. Coś, co nadawałoby się do wspinaczki znaleźliśmy dopiero w sklepie Kiwi (taki budowlany OBI) w centrum handlowym Malteria Plaza w Latacundze (cena ok. 23 USD). Ostatecznie jednak okazało się, że właściciele naszego hostelu – Sendero de Volcanes – mają taką na stanie i mogą nam ją użyczyć.

Telefon do Guillermo: +593 99 779 9916

5. Dojazd

Centrum Latacungi do parkingu w pobliżu schroniska Jose Rivas dzieli 60 kilometrów. W połowie drogi znajduje się wjazd do Parku Narodowego Cotopaxi. Taksówka do samej parkowej entrady kosztuje jakieś 15-20 USD, ale można ten odcinek pokonać też za 2 USD/os. w autobusie w kierunku Quito lub po prostu złapać stopa. Trzeba mieć jednak świadomość, że autostop funkcjonuje w Ekwadorze jak każdy inny środek transportu publicznego – ceny nie są wysokie, ale płacić trzeba. Za bramę wjazdową do Parku Narodowego Cotopaxi prywatne auta i miejskie taksówki nie mają już wstępu. Trzeba wtedy skorzystać z usług camionetas, czyli samochodów z napędem na 4 koła, których kierowcy posiadają parkową licencję. Przejazd od bramy do parkingu kosztuje kolejne 15 USD.

My wybraliśmy jeszcze inny sposób. Dogadaliśmy się z Guillermo, że przejedziemy całą trasę razem z organizowaną przez niego wycieczką. Dzięki temu uniknęliśmy szczegółowej rewizji przy wejściu do Parku Narodowego Cotopaxi i poznaliśmy pozytywną parę trochę starszych od nas blogerów z Pakuję Walizki. Razem z nimi doczłapaliśmy przed drzwi schroniska i tam nasze drogi się rozeszły.

Wieczór na pięciu tysiącach

Do Refugio Jose Rivas dotarliśmy już koło południa. Mieliśmy zatem wystarczająco dużo czasu, by po pokrzepiającej herbacie z liści koki (ponoć przeciwdziała chorobie wysokościowej!), sprawdzić pierwszy odcinek trasy, którą zamierzaliśmy pokonać nocą. Był to też dobry czas, by przetestować pożyczone skorupy. Pogoda była tak fantastyczna, że do samego lodowca (wówczas na wysokości 5200 m) dotarliśmy w samych polarach. Zaczynaliśmy coraz bardziej wierzyć w powodzenie naszej wyprawy. Dziwiło nas tylko, że jedynie my wyszliśmy na rozpoznanie trasy, choć schronisko pełne było ludzi.

Oczywiście nie było mowy o żadnych przypadkowych turystach. Wszyscy tej nocy wybierali się na szczyt, a przynajmniej tak planowali. Bo inaczej trudno byłoby zmotywować się do nocowania na takiej wysokości. Żadna przyjemność spać gdzieś, gdzie przez całą noc jest tak zimno i głośno. Na pierwszą bolączkę zaradzić może ciepły śpiwór, ale z hałasem trudniej już sobie poradzić. Każdy gość mości sobie ciepłe gniazdko o nieco innej porze, więc do 21:00 wciąż słychać rozpinanie śpiworów, stukot butów i uderzenia czekanów. W dodatku wiatr uderzający o dach schroniska wydawał tak przejmujący hałas, jakby zaraz jakiś fragment sufitu miał spaść nam na głowę. Dlatego z ulgą i znużeniem przywitaliśmy nasz pobudkowy alarm o 23:00.

Pijąc poranno-nocną herbatę w sali jadalnianej, wśród 30-stki innych wspinaczy, wciąż zastanawialiśmy się czy ktoś nie zacznie nas upominać, że sami na szczyt wyjść nie możemy. W końcu jeszcze parę godzin wcześniej sami zapewnialiśmy obsługę schroniska, że „tylko się aklimatyzujemy”. Jednak zamiast upomnień, kierownik schroniska rzucił w naszą stronę: – Felicitaciones, gratuluję, że się zdecydowaliście!

W mrozie, gradzie i wichrze

Schronisko opuściliśmy kwadrans po północy, zgodnie ze złotą radą z przeczytanych relacji: „o północy wymarsz, o świcie szczyt”. Później żałowaliśmy, że nie zaczekaliśmy z wyjściem przynajmniej do pierwszej. Bo choć przemierzając całą drogę na szczyt zyskuje się zapas czasu, to traci się szansę na choćby chwilowe ocieplenie. A tej nocy odrobina słońca na pewno zadziałałaby pokrzepiająco. Tym bardziej, że dobra pogoda ze strony Mountain Forecast zupełnie się nie sprawdziła.

To miała być spokojna i w miarę ciepła noc (odczuwalna temperatura: -2 przy schronisku, -8 na szczycie). Tymczasem już gdy wychodziliśmy ze schroniska nasz zegarek wskazywał dobre -8, a wiatr dął tak, że z trudem łapaliśmy oddech. Już po 10 minutach zaczęliśmy się zastanawiać, czy lepiej nie zawrócić. Po prostu najzwyczajniej nam się odechciało, kiedy pomyśleliśmy, że czeka nas 6 godzin w ciemnościach, wietrze i mrozie. Na szczęście widzieliśmy przed sobą i za sobą sznureczki czołówkowych światełek, które posłusznie podążały za swoimi przewodnikami. I właśnie to nas ostatecznie zmotywowało. Skoro inni mogą, to my też! Tak było już przez całą drogę. Za każdym razem, kiedy zaczynało wiać tak bardzo, że łapanie powietrza zamieniało się w paniczną walkę… Za każdym razem, gdy siłą woli trzeba było uspokajać skołatane serce… spoglądaliśmy na inne zespoły i dalej szliśmy pod górę.

Za zimno na satysfakcję

Przez 2 godziny z powodzeniem wymijaliśmy kolejne zespoły wspinaczy. Potem widzieliśmy, jak część światełek na dole zaczęła się zawracać w stronę schroniska. Niektórych odstraszyła ciężka zawierucha, innym w kość zaczęła dawać choroba wysokościowa. My na szczęście czuliśmy się dość dobrze i jedynym zmartwieniem był wiatr, którego ostre igły zimna niemiłosiernie szczypały w policzki. Czasem wichura była tak silna, że trzeba było przysiąść na ścieżce, bo miało się wrażenie, że zaraz zwieje nas po gładkim puchowym stoku. Na szczęście na szlaku nie było zbyt wiele ostrych ekspozycji, a ciemność nocy ograniczała, pobudzające wyobraźnie widoki. W miarę jak zbliżaliśmy się do szczytu, poszczególne zespoły wspinaczy zaczęły już tworzyć jedną zwartą linię i sunęły już w jednostajnym, miarowym tempie. – Nie ma się co śpieszyć, bo będziemy na górze za wcześnie i nic nie zobaczymy – tłumaczył swoim klientom jeden z przewodników.

Na 80 metrów przed wierzchołkiem miałam kolejny moment zwątpienia, kiedy przez chwilę wiatr zaczął dmuchać z taką siłą, że z całą mocą zaczęliśmy wbijać nasze czekany i raki w śnieg. Na szczęście zaraz zelżał i na horyzoncie pojawiła się porankowa łuna. Kiedy punktualnie o 6:00 stanęliśmy na szczycie poczuliśmy ogromną ulgę. Na radość było jednak za zimno, a wiatr był zbyt silny, by chciało nam się czekać na pełny wschód słońca (6:18). Podjęliśmy jeszcze desperacką próbę, by z zamrożonej nerki wyciągnąć aparat i strzelić zwycięską fotkę. Jednak jego też pokrywała skorupa lodu i wszystkie przyciski odmawiały posłuszeństwa. W końcu nasz aparat cyknął coś na kształt zamazanych twarzy z horroru The Ring, a nam nie chciało się już dłużej próbować. Rozejrzeliśmy się dookoła i zobaczyliśmy tylko łunę światła nad skorupą śniegu. O widoku krateru mogliśmy tylko pomarzyć. Gęsta mgła zasłaniała wszystko, co było już choćby kilka metrów dalej. Po niecałej minucie zaczęliśmy schodzić.

Byle do schroniska

Po drodze z każdą chwilą robiło się coraz jaśniej. Wiatr też nie dawał się już tak we znaki. Zrobiło się łagodniej, ale dopiero teraz poczuliśmy zmęczenie. W tych nowych warunkach wymieniliśmy się też rolami w naszym 2-osobowym zespole. Bo nie ukrywam, że wejście na szczyt zawdzięczam w dużej mierze Markowi, który motywował mnie i uspokajał za każdym razem, kiedy zrywał się przerażający wiatr. Teraz jego dopadło zmęczenie i lekkie zawroty głowy, więc mi przypadła rola motywatora i pierwszej osoby na trasie. Na szczęście w promieniach słonecznych ścieżka w dół była już widoczna jak na dłoni. Czasem tylko trzeba było zapierać się mocno na rakach i z wielką ostrożnością schodzić krok za krokiem.

Dopiero, kiedy stanęliśmy w progu schroniska, chwilę po godzinie 9:00 zaczęło nas ogarniać uczucie dumy i szczęścia. Gdy 2 godziny później wyjeżdżaliśmy z Parku Narodowego Cotapaxi samochodem kolegi Guillermo, nasz kierowca powiedział nam: – Musicie wrócić na szczyt jeszcze raz. Ja też za pierwszym razem nic nie widziałem. A kiedy wszedłem tam po raz drugi, było doskonale. Widziałem krater i morze chmur.

– Nigdy więcej! – pomyślałam wtedy. Ale teraz, z każdym dniem, z coraz większą przyjemnością myślę o tym, że wspaniale byłoby móc to wszystko zobaczyć.

Koszty samodzielnej na osobę: 100,5 USD
Nocleg: 33 USD
Dojazd i powrót z Parku Cotopaxi: 32,5 USD
Sprzęt: 30 USD
Przekąski: 5 USD

1 Comment

  • Maria

    To naprawdę wielki wyczyn, nieprawdopodobna wytrzymałość, szczerze gratuluje. Ja ledwo doszłam do schroniska, a potem zadowoliłam się zobaczeniem lodowca z pewnej odległości. Rozrzedzone powietrze, wiatr dają w kość, sapałam jak lokomotywa, nogi odmawiały posłuszeństwa, zimno przenikało przez warstwy ubrań. Było pięknie, jedno z najlepszych wspomnień, bo okupione wysiłkiem. Teraz już nic nie będzie Wam straszne!

    18 lipca 2018 at 15:44
LEAVE A COMMENT

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: