ŁADUJĘ

Quilotoa Loop – najpiękniejszy kilkudniowy trekking w Ekwadorze

Quilotoa Loop – najpiękniejszy kilkudniowy trekking w Ekwadorze

Laguna Quilotoa to zachwycające jezioro położone na terenie wygasłego wulkanu na wysokości prawie 4000 metrów n.p.m. Jednak ci, którzy wyruszą dalej na trekking po słynnej pętli Quilotoa odkryją też całą masę zapierających dech krajobrazów i codzienne życie mieszkańców górskich wiosek. Ta wyprawa to prawdziwa feeria barw, na którą składają się stada dzikich lam, gromady kolibrów, błękit andyjskiego nieba i wyraziste stroje Indian Keczua.

Najpopularniejsza piesza trasa po pętli Quilotoa to 35 km szlak biegnący od wioski Quilotoa do Sigchos. My postanowiliśmy przemierzyć ten szlak w odwrotnym kierunku. Dzięki temu najpiękniejszy pejzaż zostawiliśmy sobie na koniec i mogliśmy spokojniej aklimatyzować się do górskich wysokości.

Co warto wiedzieć przed wyruszeniem na Quilotoa Loop?

Trasę pętli można modyfikować do swoich potrzeb. Jeśli ktoś nie przepada za długimi wędrówkami, może spróbować dotrzeć do niektórych wiosek taksówką lub autostopem. Całość pętli jest też możliwa do przebycia na rowerze, choć drogi rowerowe biegną nieco innymi szlakami niż piesze, które bywają bardziej strome i wąskie. Tradycyjna piesza wędrówka zajmuje zwykle 3 dni i dzieli się na 3 etapy:

  • Quilotoa – Chugchilan: 10,5 km
  • Chugchilan – Isinliwi: 11,5 km
  • Isinliwi– Sigchos: 13 km

Niezależnie, od której strony rozpoczniemy wędrówkę,  na trekking najlepiej wyjechać z miasta Latacunga, skąd codziennie odjeżdżają autobusy do Quilotoa i Sigchos (cena biletu 2-3 USD). W hostelu w Latacundze warto też zostawić większe bagaże i zaopatrzyć się w zapas gotówki, bo w andyjskich wioskach bankomatu nie znajdziemy. Można tam też kupić trochę przekąsek, ale o prowiant po drodze nie należy się martwić. W każdej z wymienionych wcześniej wiosek znajdziemy restaurację i hostel, zaś w mniejszych osadach spotkamy również skromnie zaopatrzone sklepy.

Quilotoa Loop to jedna z największych atrakcji Ekwadoru, ale mimo to na szlaku rzadko spotka się innych wędrowców. Turystyczny charakter tej trasy można dostrzec dopiero po dotarciu do hostelu. Nie jest ich zbyt wiele, dlatego ceny są tu znacznie wyższe niż w innych częściach Ekwadoru (15-30 USD/os.). Można też rozważyć zabranie ze sobą namiotu, ale wtedy konieczny jest ciepły śpiwór.

Sigchos (2870 m n.p.m.) – Isinliwi (2950 m n.p.m.)

Po prawie dwugodzinnej jeździe autobusem dotarliśmy ok. 11:00 do spokojnego Sigchos. Miało się wrażenie, że wioska pogrążona jest w błogiej sjeście. Biały kościółek z niebiesko-różową dzwonnicą, kilka otwartych sklepów bez klientów i wypoczywające w cieniu psy, zaś na ulicach absolutna cisza. Całość dodatkowo otoczona zielonymi wzgórzami i idealnie błękitnym niebem. Niewiele życia, ale za to niepodważalnie dużo czaru. Dlatego po wygłaskaniu wszystkich psiaków i zjedzeniu miski choclomote (mieszanki gotowanej i smażonej kukurydzy z ziemniakami i cebulą), ruszyliśmy w drogę.

Zaraz po wyjściu z wioski mogliśmy podziwiać wspaniałą panoramę malowniczej górskiej doliny. Jak na dłoni widać było pierwsze kilometry naszej wędrówki. Najpierw trasa biegła ostro w dół, by potem ciągnąć się kilometrami pod górę. Maszerowaliśmy szeroką gruntową drogą, przecinając ją czasem wytyczonymi skrótami. W ciągu godziny minęły nas zaledwie 3 samochody – wszystkie w stylu pick-up z napędem na 4 koła. Ich widok okazał się inspirujący:  – Złapmy stopa do Isinliwi! Jadąc na przyczepie będziemy nadal podziwiać krajobrazy, ale zaoszczędzimy sobie drałowania pod górę – zaproponował Marek.

Za autostopem przemawiał jeszcze jeden argument. Była to jedyna szansa, by jeszcze tego dnia nocować w Chugchilan i spotkać się z naszymi znajomymi, którzy rozpoczęli trekking z przeciwnej strony. Dlatego już po kilku minutach sunęliśmy na czerwonej przyczepie. Jak się okazało autostop zastępował tu transport publiczny, więc kierowcy byli przyzwyczajeni do zabierania dodatkowych pasażerów za symbolicznego dolara.

Isinlivi (2950 m n.p.m.) – Chugchilan (3190 m n.p.m.)

Dotarliśmy do Isinliwi chwilę po 14:00, akurat w momencie, gdy kończył się poniedziałkowy targ. Niestety, zamiast kolorowych stoisk, zobaczyliśmy już tylko kamionetki i pick-upy wypełnione mieszkańcami lokalnych wiosek, którzy jeszcze przed chwilą sprzedawali tu swoje plony. „Zwiedzanie” Isinliwi też nie zajęło nam wiele czasu, więc po chwili znów byliśmy na trasie.

Ten odcinek pętli okazał się jeszcze bardziej imponujący niż poprzedni. Droga pięła się pod górę, odsłaniając za każdym zakrętem coraz ładniejsze krajobrazy. Ścieżka była już znacznie węższa i zupełnie niedostępna dla samochodów. Po ponad godzinnej wędrówce dotarliśmy na rozłożystą półkę płaskowyżu, z którego rozciągał się widok na olbrzymi górski kanion. Dalej ścieżka biegła wśród soczystych pastwisk i ubogich domków, których wygląd nie zmienił się tu od lat. Co chwilę jakieś dzieciaki machały nam na powitane, ale dorośli woleli trzymać się na dystans. Jednak przez większość czasu spotykaliśmy na trasie jedynie pojedyncze konie, krowy i owce.

W końcu dobrnęliśmy na kolejny poziom górskiego płaskowyżu. Było to jedno z tych najbardziej spektakularnych miejsc na pętli Quilotoa, oznaczonych tabliczką MIRADOR. Miejsc, w których  z największą przyjemnością chciałby się zatrzymać na długie godziny spokojnej kontemplacji. My jednak godziny musieliśmy zamienić na minuty i ruszać dalej w dół, bo do zmroku pozostawało coraz mniej czasu.

Tego popołudnia dotarliśmy jeszcze do paru innych nietypowych miejsc. Pierwszym był zaskakująco długi wiszący most, który z każdym krokiem bujał się coraz bardziej niepewnie. Drugim – maleńka osada, w której liczba budynków odpowiadałaby pewnie zestawowi z klocków Duplo. Kościół, szkoła, 2 pawilony i 3 domy. Jestem pewna, że w trakcie naszego przemarszu przez osadę, liczba jej mieszkańców podskoczyła przynajmniej o 20%. Zaraz za wioską rozpoczęło się ostatnie, najbardziej strome podejście.

Wysiłek został jednak sowicie wynagrodzony, bo na koniec wędrówki pod górę czekał na nas kolejny fantastyczny MIRADOR. Z drewnianej ławeczki nad przepaścią mogliśmy podziwiać przemierzoną przez nas górską przełęcz i sunące nad nią różowe obłoki. Ten widok porzuciliśmy dopiero po zachodzie słońca, by w wieczornej szarówce przemierzyć ostatnie kilometry.

W domu kolibrów

Na chwilę przed samym Chugchilan wyszliśmy na nowiutką, górską szosę – prawdziwe spełnienie marzeń kolarzy i kierowców rajdowych. Jednak zamiast miłośników sportów drogowych, znów minęły nas jedynie dwa pick-upy. Dochodziła 19:00, więc postanowiliśmy złapać stopa, by nie maszerować dalej w ciemnościach. Co prawda nie wiedzieliśmy, gdzie nocują nasi znajomi, ale byliśmy przekonani, że jakoś się odnajdziemy. I rzeczywiście mieliśmy szczęście! Zaraz za bramą eleganckiego pensjonatu Casa de los Colibríes, przed którą wysadził nas kierowca pick-up’a, dostrzegliśmy Martę i Mikołaja.

– To się nazywa przeznaczenie. Teraz już musicie z nami nocować – stwierdził Mikołaj. – Ceny są tu raczej wysokie, ale Marta tak zbajerowała właścicielkę, że zamiast 60 dolarów za pokój, płacimy 26 z dwudaniową kolacją i śniadaniem.

– Ale tym targowaniem skłóciłam rodzinę – śmiała się Marta – Syn tej pani jest teraz na nią śmiertelnie obrażony. Dlatego lepiej zaproponujcie mu, że dorzucicie tyle samo i zostaniecie z nami w pokoju. Nie będzie z tym problemu, bo są tam dwa piętra i dwa olbrzymie łóżka.

W tym momencie nasze ambitne postanowienie nocowania w namiocie rozwiało się jak mgiełka. Tym bardziej, że na zewnątrz było już naprawdę zimno, a z hotelowej restauracji czuć było przyjemny zapach gorących dań. I tak pierwszą noc na pętli Quilotoa spędziliśmy w wyśmienitych warunkach, grając do późna w karty o tytuł Międzygalaktycznego Mistrza Makao.

Poranek też był zachwycający, bo nie tylko czekało na nas pyszne śniadanie i słoneczne niebo, ale także widok chmary maleńkich kolibrów. Najlepszy dowód na to, że nasz pensjonat nie bez powodu nosił swoją dumną nazwę. Te maleńkie ptaszki podlatywały do rosnących na dziedzińcu kwitnących krzewów, niczym do porannej stołówki! Po wszystkich ochach i achach ruszyliśmy w końcu każdy w swoją stronę.

Chugchilan (3190 m n.p.m.) – Quilotoa (3860 m n.p.m.)

Tego dnia spacerowaliśmy leniwie, ciesząc się widokiem zachwycających przełęczy i maleńkich górskich osad. Mimo wielkiej popularności tego szlaku, nadal przez cały dzień nie spotkaliśmy żadnych innych obcokrajowców. Turystyczny charakter naszej wyprawy zdradzały jedynie niebieskie drogowskazy, dobrze przygotowane punkty widokowe i dzieciaki, które z pełną bezczelnością domagały się podarunków:- Give me un dolar, por favor! Do you have sweets? Chocolate, por favor! – krzyczały za nami.

A my rzeczywiście opróżnialiśmy dla nich kieszenie z cukierków, choć Marek wciąż oburzał się na niewychowawczy charakter tego zwyczaju. Ale kto by się tym przejmował, gdy dookoła jest tak pięknie? Dlatego z przyjemnością rozkładaliśmy naszą butlę gazową na trawie i wpatrując się w niebo, czekaliśmy na herbatę z liści koki – najlepszy specyfik przeciw chorobie wysokościowej!

Po drodze mijaliśmy też lokalnych wędrowców, opatulonych w pasiaste lub intensywnie czerwone poncza. Prawie każdy nosił tu niewielki kapelusik. U kobiet wystawał spod niego mocno ściśnięty warkocz. Z podsłuchiwanych rozmów nie rozumieliśmy zwykle ani słowa, bo w tym regionie język keczua niemal zupełnie wyparł hiszpański. Napawaliśmy się tym lokalnym kolorytem równie intensywnie, jak pięknymi widokami, które towarzyszyły nam po drodze. Aż do momentu, gdy naszym oczom ukazała się Laguna Quilotoa – wyczekiwana wisienka na torcie tego trekkingu!

Laguna Quilotoa

Lustro laguny Quilotoa ukazało się nam chwilę przed 16:00. Z przełęczy na wysokości 3760 m n.p.m. mogliśmy podziwiać jej szafirowe oblicze w całej krasie. Od tego momentu na trasie zrobiło się zimno i wietrznie, dlatego od razu zaczęliśmy ratować się puchowymi kurtkami Cumulus. Dzięki nim udało nam się wytrzymać całą sesję zdjęciową na przełęczy. Ale Markowi nadal było mało: – Nie śpijmy dziś w wiosce. Rozbijmy się gdzieś tu – na zboczu laguny – zaproponował.

Nie bardzo podobał mi się ten pomysł, bo na zewnątrz wiało coraz bardziej. Na szczęście udało nam się znaleźć kawałek płaskiego i zalesionego miejsca na zboczu, więc ostatecznie dałam się przekonać. Niebawem okazało się, że warto pozostać na szlaku. Kilkanaście metrów od nas wyszły na popas dzikie wikunie. Chwilę później zachwyt nad lamami przebił widok niesamowitego zachodu słońca. Różowe chmury na tle modrego nieba wyglądały jak gigantyczna wata cukrowa, którą chciwie pożeraliśmy wzrokiem aż do zupełnej ciemności. W końcu zrobiło się już tak zimno, że jedynym ratunkiem były nasze puchowe śpiwory (nota bene też marki Cumulus), które pozwoliły nam zasnąć spokojnym snem, mimo nieustannych ataków wiatru na nasz tymczasowy domek.

Nazajutrz czekała nas jeszcze dobra godzina marszu wzdłuż laguny. Tym razem mogliśmy podziwiać ją w blasku poranka. Widok nadal był zjawiskowy, ale maszerowaliśmy już bez przystanków, marząc o ciepłej herbacie i porządnym śniadaniu. Nie zawiedliśmy się, bo wioska Quiloto była najbardziej turystycznym miejscem, jakie spotkaliśmy na całej naszej trasie.

W końcu wielu turystów przyjeżdża tylko tutaj, by rzucić okiem na lagunę i wrócić do miasta. No cóż, nie wiedzą co tracą, bo każdy zakręt tego trekkingu warty jest wysiłku.

1 Comment

  • Wiśnia

    Lama z siodłem… czaderska 😀

    26 września 2018 at 11:52
LEAVE A COMMENT

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: