ŁADUJĘ

Wulkan Rucu Pichincha (4696 m n.p.m.) – olbrzym u stóp Quito, którego łatwo poskromić

Wulkan Rucu Pichincha (4696 m n.p.m.) – olbrzym u stóp Quito, którego łatwo poskromić

Trekking na Rucu Pichincha to idealna trasa na rozpoczęcie swojej przygody z wysokimi górami i ekwadorskimi wulkanami. Rucu Pichincha jest potężny, oferuje przepiękne widoki i fantastyczną przejażdżkę kolejką linową. W dodatku na jego zdobycie nie potrzeba dużo czasu. Jeszcze tego samego dnia można zjeść śniadanie w Quito, wspiąć się na wysokość 4696 m n.p.m. i wrócić na kolację do miasta.

Wulkan z dwoma szczytami

Pichincha to jeden z wielu aktywnych wulkanów, które znajdują się na terenie Ekwadoru. Po raz ostatni wulkan przypomniał o sobie w 1999 roku. Po jego spektakularnym wybuchu całe Quito pokryło się grubą warstwą pyłu.

Nie tylko ta niezwykła aktywność czyni wulkan tak wyjątkowym. Pichincha. posiada dwa wierzchołki: Rucu – oznaczający w języku keczua staruszka na wysokości 4696 m n.p.m oraz Guagua czyli dziecko 4784 m n.p.m.. To właśnie ten pierwszy można zdobyć w ciągu jednodniowej wycieczki z Quito. Drugi – choć niewiele wyższy – wymaga już wyruszenia na dwudniową wyprawę, rozpoczynającą się z wioski o nazwie Lloa.

Kolejką do chmur

Dla Ekwadorczyków Rucu Pichincha jest jednak bardziej sprzymierzeńcem, niż wrogiem. Trekking na szczyt wulkanu to w końcu jedna z głównych atrakcji Quito. Jeszcze bardziej popularne jest umiejscowione na jego zboczu TeleferiQo. Do niedawna była to najwyższa kolejka linowa na świecie, ale w 2016 roku przebiło ją Teleferico de Merida w boliwijskim La Paz.

Stacja początkowa kolejki znajduje się 6 km od centrum Quito i z łatwością można do niej dojechać miejskim autobusem. W sezonie turystycznym i przy dobrej pogodzie możemy spodziewać się tu długich kolejek. Nic dziwnego, bo przejażdżka TeleferiQo jest naprawdę niesamowitym doświadczeniem. 6-osobowe gondolki pokonują ponad 800-metrowe przewyższenie w zaledwie kilkanaście minut, odsłaniając po drodze zachwycającą panoramę Quito.

Tu znajdują się ceny biletów i godziny pracy TeleferiQo.

Loma Cruz – punkt widokowy na czterech tysiącach!

Najpiękniejszy widok rozpościera się ponoć ze stacji końcowej Loma Cruz na wysokości 3945 merów. W znajdującym tu pawilonie barowym stoi nawet kilka lunet, przez które – za drobną opłatą – można podejrzeć życie w stolicy. Sami niestety nie mogliśmy się na to skusić, bo dzień naszego trekkingu był wyjątkowo pochmurny. W rezultacie całą drogę do góry przebyliśmy w otulinie białej mgły, a po wyjściu z kolejki czekały na nas tylko gęste chmury. Na szczęście droga powrotna wynagrodziła nam wcześniejszy niefart.

Brak widoków na Loma Cruz zmotywował nas za to do natychmiastowego wyruszenia na trekking. Tym bardziej, że była już 11:30, a zgodnie z umieszczonymi tu drogowskazami do szczytu Rucu Pichincha pozostawało nam jeszcze 4 godziny marszu.

Konie, króliki i połoniny

Ruszyliśmy w stronę niewielkiego murowanego kościoła Matki Bożej Bolesnej, za którym rozpoczyna się trasa na szczyt. Choć krajobraz wciąż spowity był we mgle, to jednak dookoła robiło się coraz ładniej. Na pierwszy rzut oka, rozpościerający się widok bardziej przypominał bieszczadzkie połoniny niż wysokie góry.

Po 20 minutach dotarliśmy na zieloną polanę, pośrodku której znajdowała się zagroda z końmi. Tu zatrzymywało się większość wędrujących przed nami osób. Okazało się, że jest to popularne miejsce na krótkie konne przejażdżki. – 10 dolarów za 20 minut i 15 dolarów za 40 minut – reklamował swoje rumaki jeden z tutejszych kowbojów. – Moim zdaniem trochę drogo – pomyślałam. Ale dookoła było tak ładnie, że przy zagrodzie i tak cały czas pojawiali się nowi chętni.

Wystarczyło jednak odejść kilka kroków, by dostrzec na szlaku już tylko pojedyncze osoby. Nie szło się już po szerokiej, dobrze ubitej drodze, lecz podążało się wąską ścieżką wśród traw. Na szczęście wciąż była ona bardzo dobrze widoczna. W dodatku, co jakiś czas, przy ścieżce pojawiały się niebieskie drogowskazy, podające pozostały czas marszu. Dość szybko przekonaliśmy się, że te czasówki są trochę zawyżone. Ale być może nasze tempo zawdzięczaliśmy odpowiedniej aklimatyzacji, bo zaledwie 2 tygodnie wcześniej zdobyliśmy lodowiec Nevado del Tolima w Kolumbii (5215 m n.p.m.). Zdarzało się bowiem, że mijaliśmy piechurów, którzy ciężko dysząc, przystawali co kilkadziesiąt metrów.

Przez kolejną godzinę wędrowaliśmy rozłożystym grzbietem wulkanu Pichincha, który na razie wciąż tylko delikatnie piął się pod górę. Co jakiś czas zza chmur przedzierało się błękitne niebo, a przez ścieżkę przebiegała kolejna płochliwa, szara kulka. Były to wybiegające z gęstej trawy króliki.

Chwila zwątpienia przed szczytem

W połowie drogi, gdzieś na wysokości 4400 m n.p.m., zrobiło się nagle chłodno i wietrznie. Zarzuciliśmy na siebie puchowe kurtki i z ostrożnością zaczęliśmy wspinać się po kamiennych głazach lub kawałkach skalnej ściany. Trasa nadal była widoczna, ale wymagała już znacznie większej uwagi.

Trochę dalej ścieżka zaczynała piąć się po piaszczystym piargu. Dwa kroki do przodu, jeden do tyłu – tak wyglądało maszerowanie po wypiętrzającym się zboczu. Z każdym krokiem coraz wyraźniej czuć było też delikatny zapach siarki. Najlepszy znak, że zbliżamy się do szczytu wulkanu.

Zostało Wam jakieś 20 minut, ale uważajcie, bo tam przed szczytem wszystko trochę osuwa się spod nóg – ostrzegł nas schodzący w dół mężczyzna. Spotkaliśmy go w idealnym momencie, bo właśnie doszliśmy do miejsca, gdzie ścieżka przestała być widoczna. Dalszą drogę na szczyt przemierzaliśmy już trochę intuicyjnie. Nie było to najłatwiejsze, bo przez ostatnie kilkadziesiąt metrów pod górę droga przypominała skalne rumowisko. Dlatego szukaliśmy między kamieniami najbardziej stabilnych miejsc. Za nami szła para ekwadorskich studentów, którzy też nie do końca byli pewni tej trasy. Na szczęście po kilkunastu minutach zza skały wyłonił się niewielki krzyżyk. – Jesteśmy na szczycie! – krzyknął Marek

W towarzystwie andyjskiego sokoła

Po niecałych trzech godzinach marszu byliśmy na wysokości prawie 4700 metrów! I chociaż wulkan nadal spowijała gęsta mgła, to na szczycie czekała na nas niespodzianka. Zaledwie dwa metry od tabliczki wyznaczającej wierzchołek Rucu Pichincha odpoczywał sokół (jak sprawdziliśmy później) – karakara kreskowana. Ptaszysko nic sobie nie robiło z naszych sesji fotograficznych i dumnie nadstawiało dziób do zdjęcia. Po krótkiej rozmowie z nowymi ekwadorskimi znajomymi zaczęliśmy pośpiesznie schodzić w dół. Tuż pod szczytem znów musieliśmy na chwilę zdać się na intuicję, ale tym razem poszło już znacznie łatwiej.

W drodze powrotnej spotkaliśmy tylko parę osób, więc mogliśmy do woli cieszyć się spokojnym popołudniowym spacerem po rozłożystym grzbiecie wulkanu. Czasem tylko przystawaliśmy, by upolować aparatem jakiegoś biegnącego króliczka. I choć wcale nam się nie śpieszyło, to już o 16:00 piliśmy zasłużoną herbatę w pawilonie barowym na Loma Cruz.

Post Scriptum

Rucu Pichncha nie jest trudną górą. Jednak ta ocena dotyczy tylko osób, które rzeczywiście po górach chodzą! Zresztą nawet doświadczeni wędrowcy nie powinny bagatelizować takich wysokości. Dlatego wyruszając na szczyt Rucu Pichincha konieczna jest dobra aklimatyzacja, odpowiednia odzież i wcześniejsze sprawdzenie pogody. Nie warto też planować wycieczki na godziny popołudniowe (tak jak na przykład my;), bo wtedy ma się znacznie mniejsze szanse na słoneczne niebo i piękne widoki.

LEAVE A COMMENT

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: